Polskie Wiki Wolnościowe

Gazeta.libertarianizm.pl, 9 VI 2001 r.


Ja i państwo

Arystoteles i jemu podobni twierdzili, że bez państwa i społeczeństwa człowiek nie może się obejść. Jeszcze później mówiono, że państwo gwarantuje obywatelowi bezpieczeństwo, albo że jednostka bez państwa traci kontekst, nie uczestniczy w kulturze. A potem słyszałem w telewizorze, że państwo gwarantuje jedność rodzinie, krzewi wartości rodzinne, no a poza tym powinienem być wdzięczny państwu za edukację.

To dziwne! Czuję, że bez państwa mogę znakomicie się obyć. Nie tylko, że nie tracę poza nim swojego człowieczeństwa, ale raczej zyskuję je, tak jak zyskuję wolność i samodzielność (zaiste prawdziwie ludzkie cechy). Nie musi ono mnie bronić (i nigdy nie zdarzyło się, aby w jakiejkolwiek sytuacji zechciało mnie bronić). Wręcz odwrotnie, samo państwo, zalęknione, ciągle nalegało, abym to ja jemu zapewnił bezpieczeństwo… wkładając zielony mundur…

Nigdy też nie inicjowałem z państwem żadnych kontaktów, nie tęskniłem za nim nic a nic. Tymczasem ono tęskniło za mną. Co chwilę przysyłało mi zawiadomienia, abym zainicjował z nim kontakt udając się do WKU lub wpłacając kolejną składkę w urzędzie skarbowym na potrzeby państwa. Na dobra sprawę, to nie państwo utrzymuje mnie, ale ja zawsze utrzymywałem państwo… tak jak utrzymuje się małe dziecko, które nie może obejść się bez pomocy kogoś dojrzałego.

Nie muszę być też państwu wdzięczny za jakieś uczestnictwo w kulturze i za edukację. Wręcz przeciwnie! To państwo powinno być mi wdzięczne za wkład, jaki włożyłem w kulturę i edukację. Wszystko to okaże się bardzo oczywiste, jeśli tylko uświadomimy sobie, że cała kultura to wytwór kilku wybitnych jednostek najczęściej skłóconych z państwem, jednostek, które zazwyczaj własną krwią przypłaciły jej rozwój. Czuję to bardzo wyraźnie, gdy tylko pomyślę o Pitagorasie, Sokratesie, Jezusie, Giordanie Brunie, Van Goghu i wielu innych. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż w trakcie całej mojej długiej edukacji, niczego wartościowego w państwowych instytucjach się nie nauczyłem. Uniwersytet nic mi nie dał, gdy tymczasem to ja wzbogaciłem tę instytucję i cała kulturę wieloma żywymi ideami. Oto samo to pismo, które teraz tutaj czytasz, jest właśnie tą lepszą częścią kultury (bo jest wolne), nie ma nic wspólnego z państwem, a wręcz gra mu na nosie ku chwale prawdziwej edukacji.

Nie potrzebuję państwa w najmniejszym stopniu i w żadnym sensie. Państwo nigdy nic mi nie dało i w żadnym wymiarze nie przyczyniło się do mojego rozwoju. Nie potrafi mnie ono ani chronić, ani leczyć, ani zachwycić, ani niczego nauczyć. Hamuje ono rozwój kultury, trzyma język w ryzach uniemożliwiając mu swobodny i naturalny rozwój. Żyjąc w jakimkolwiek innym kraju i mówiąc jakimkolwiek innym językiem, byłbym nadal tym, czym jestem. Państwo jest stworzone dla ludzi słabych i niedojrzałych, którzy tak naprawdę przenieśli swoje uzależnienie od matki na twór bardziej abstrakcyjny, ale nadal pełniący tę samą funkcję. Zbiór wyrośniętych maminsynków nie mających swojego JA - czyż to nie żałosne?! Twór ten mówi swoim ofiarom, co mają myśleć, co jest dobre a co złe, w jakiego boga mają wierzyć i jakie cele realizować w życiu. Ludzie tacy nie potrafią uczynić najmniejszego kroku bez pozwolenia tej Wielkiej Mamusi. Państwowe wychowanie czyni z nich giętkie kukiełki, które przejmują poglądy swoich rodziców… z szacunku dla nich i ze strachu, że dostaną po pupie. Coraz częściej odczuwam to przysłuchując się naciąganym dyskusjom w programach typu „Rower Błażeja”. Nie bójmy się powiedzieć: anarchia jest po prostu dla „dużych chłopców”. Innym pozostaje smoczek.

Z życzeniami wielu konwulsji i ataków apopleksji dla wiernych synów państwowego tworu…

Robert Surma

 
Wszystkie treści w tym wiki, którym nie przyporządkowano licencji, podlegają licencji: CC0 1.0 Universal